środa, 21 październik 2015 11:22

Odkrywanie drogi powołania. Wywiad z ks. inf. Zygmuntem Żukowskim

Napisał
Jak wyglądało księdza dzieciństwo? Czy one ukształtowało księdza w jakiś sposób, że wybrał właśnie tę ścieżkę życiową?

Dom rodzinny chyba jest tym zaczątkiem, gdzie rodziło się moje powołanie, odczucie bliskości Boga i spraw Kościoła. Kościół był mi zawsze bliski od dziecięcych lat. Urodziłem się w okresie dość trudnym, bo przed II wojną światową. Dzieciństwo bardzo miło wspominam. Moja mama zawsze okazywała mi dużo wsparcia przy odrabianiu lekcji. Wracam pamięcią do tych lat, do swoich nauczycieli, a także księdza Pawła Tawrel, który przygotowywał mnie do I Komunii Świętej. Miał on taki styl, że bardzo umiejętnie rozdzielał obowiązki na poszczególne osoby, a sam także ich nie unikał. Jestem bardzo wdzięczny Bogu za swoją wychowawczynię z czasów liceum, Panią Jadwigę Przybyszewską. Mimo, że to był okres komunistycznych rządów, to ona te lekcje wychowawcze wykorzystywała na takie w dobrym znaczeniu formacyjne dzielenie się swoimi przeżyciami z okresu Powstania Warszawskiego. Pamiętam jak organizowała pomoc dla ludzi biednych i samotnych. Angażowała w to również nas i dlatego nigdy nie była i nie jest mi obca sprawa bliskości człowieka i jego potrzeb. Z liceum pamiętam także księdza Kaczyńskiego, dzięki któremu poznałem podstawy języka łacińskiego, a które przydały mi się kolejnie w Seminarium. Myśl, żeby zostać kapłanem zrodziła się głównie w liceum. To były właśnie te trudne lata dla Kościoła. W drugiej klasie liceum podzieliłem się nawet taką myślą z mamą. Mama mimo, że była osobą religijną, to miała jednego syna, więc informację o tym pomyśle przyjęła ze spokojem, ale z niezbyt dużym entuzjazmem i radością. Przykład mojego proboszcza z Kolna, którego komuniści wygnali z parafii w 1953 roku był dla nas, młodzieży takim przykładem, że wiara jest czymś w życiu bardzo cennym. W czasie, gdy robiłem maturę, to nie dzieliliśmy się z koleżankami i kolegami, że jest taka myśl o wstąpieniu do seminarium. Obawiano się, że mogłyby z tego wynikać jakieś problemu, przeszkody, czy przesłuchania. Okazało się później, że takie czyny były niejednokrotnie stosowanie. Pierwszą osobą, która się dowiedziała, że podjąłem decyzję o zostaniu kapłanem była moja babcia. Czekała na mnie po egzaminach w domu, był to czas po Nabożeństwie Majowym i po przyjściu zadała pytanie – Co Ty wnuczku zamierzasz teraz zrobić? Ja mówię, babciu byłem już po drodze u księdza Święckiego. Postanowiłem pójść do seminarium. Wiem, że babcia uklękła i zaczęła się modlić do Pana Boga, dziękując, że wybrałem taką drogę. Nie miałem nikogo bliskiego w rodzinie kto został kapłanem, więc to też mógł być argument, który ją tak bardzo wzruszył.

Jak wyglądał czas samego studium w Seminarium? 

Do seminarium wstąpiłem we wrześniu 1955 roku. Zgłosiłem się z dokumentami zaraz w czerwcu po maturze. Przyjmował mnie do seminarium, pamiętam ten dzień, była to godzina tuż przed południem – ksiądz rektor Józef Perkowski. Powitał mnie bardzo ciepło, mimo że w późniejszej opinii alumnów i kleryków uchodził za człowieka dość surowego i bardzo wymagającego. Był przy tym pogodny i taki został w mojej pamięci po dzień dzisiejszy. W seminarium w tamtym czasie weszła nowa instrukcja Stolicy Apostolskiej odnosząca się do studiów seminaryjnych i zmieniająca czas trwania studiów, a więc mój rocznik rozpoczynał już 6-letnie studia w seminarium. Wcześniej trwały one 5 lat. Ksiądz rektor po wstępnej rozmowie zapowiedział, że odbędzie się także egzamin z języka polskiego i łaciny. Z uśmiechem na twarzy dodał również, że z muzyki. Egzamin z języka polskiego opierał się pracy pisemnej na temat znaczenia i roli religii w życiu człowieka i społeczeństwa. Test z muzyki, który prowadził profesor Waldman weryfikował, czy dana osoba nadaje się do kleryckiego chóru. Pierwszy rok nauki w seminarium rozpoczęło 15 osób. W trakcie jego trwania zrezygnowała jedna osoba, która stwierdziła, że to raczej nie jest droga, którą chce podążać całe życie. W krótkim odstępie czasu, już po drugim roku odeszła także kolejna. W sumie zostało nas 12 ponieważ jeszcze jeden z naszych kolegów przeniósł się w mury innego seminarium. Do święceń kapłańskich dotarło 12 osób. Atmosfera była bardzo życzliwa, ale dziwiło mnie jedno, że wielu profesorów już na drugim roku zwracało się do nas „proszę księży". Praktyk duszpasterskich w takiej formie jak dziś nie stosowano. Były inne. Głównie koncentrowały się w rodzinnych parafiach. Ja jestem wdzięczny księdzu rektorowi Perkowskiemu, który po 3 roku studiów zachęcił mnie zauważając moje zainteresowanie liturgią abym pojechał do Tyńca za Krakowem, do benedyktynów na taki dwutygodniowy okres obserwacji liturgii. Przydało mi się to bo pokochałem bardzo liturgię. Później przez dwa lata pełniłem rolę ceremoniarza będąc w kontakcie z księdzem Biernackim, który wykładał liturgię. Tak podobały mi się dwa tygodnie tego czasu formacyjnego bo spotkałem tam wielkich ludzi. Chociażby księdza Jankowskiego, który w późniejszych latach prowadził rekolekcje w seminarium. Podpisał mi wtedy książkę dotyczącą przypowieści z nowego przymierza. Później od czasu do czasu odwiedzałem benedyktynów w Tyńcu na rekolekcjach.

Mówił ksiądz o osobach, które wspierały księdza w tej drodze. Czy któryś z księży był dla infułata autorytetem?

W seminarium to sądzę, że najbardziej bliski był mi późniejszy biskup ksiądz Mikołaj Sasinowski. Był on moim spowiednikiem, ojcem duchownym. Cenię sobie te tzw. rozmówki, które odbywał w różnych sytuacjach. Nieraz w ogrodzie spacerując alejkami były te rozmowy, czy też w mieszkaniu. W tych pierwszych latach mogły rodzić się myśli „Czy to jest moja droga?" ale właśnie tutaj ojciec duchowny odgrywał ważną rolę. I wracam do postawy moich kapłanów, których spotkałem w mojej parafii. Chociazby księdza Jana Krzewskiego, człowieka o którym pisalem jako o świadku wiary. Ta myśl zrodziła się gdy planowano synod diecezjalny. Najbardziej właśnie to mnie umocniło w tym, że moja droga jest słuszna. I za to dziękuję Panu Bogu, tak samo bym wybrał dzisiaj tą drogę, którą jako młody podejmowałem w swoich latach.

Czy w tamtym czasie tęsknił ksiądz za rodzinnym domem?

Moje związki z rodziną były zawsze bardzo bliskie i pozostały. Odwiedzin nie było tak często jak obecnie, dopiero jak rozpoczynał się rok akademicki to wyjeżdżaliśmy na Boże Narodzenie. Nawet na wszystkie święte nie wyjeżdżaliśmy ale za to odwiedziny były rodziców, którzy mogli przyjechać, siostry od czasu do czasu. Rodzice też tak samo od czasu do czasu. W wakacje dosyć dużo czasu spędzało się w domu rodzinnym. To był czas do uzupełnienia tych braków.

Jak wyglądał typowy dzień w seminarium w tamtym czasie?

Dzień zaczynał się dzwonkiem o 6 rano. Następnie gimnastyka. Ksiądz prefekt Wierzbicki pilnował jeżeli pogoda jest odpowiednia to wyjście do ogrodu, biegu i gimnastyka. On sam był człowiekiem mocnym, który dużo chodził i spacerował. Następnie rozmyślanie o naśladowaniu Chrystusa, na podstawie opisów męki Pańskiej. Potem były również indywidualne rozmyślania. I później msza św i śniadanie w okolicach godziny 8:15. Następnie rozpoczynały się wykłady. Kilka minut po wykładach był obiad, po obiedzie Nawiedzenie Najświętszego Sakramentu. Czas do godziny 15 był albo wolny albo spacer, który najczęściej udawaliśmy się wszyscy razem do lasu Jednaczeskiego. Dopiero później to zmieniono bo wtedy chodziliśmy tam w strojach duchownych. Czas wolny był również po godzinie 18, po kolacji do 19:30. Były modlitwy, później obowiązywało „silencium" wyciszenie. Nie mieliśmy wygodnej sypialni. Było nas po 9,10 w jednym dużym pokoju. Wieczorna cisza była potrzebna. Przykładem dla nas był rektor seminarium, który prawie codziennie koło 21 szedł do kaplicy modlić się w ciszy.

Czy w latach powojennych klerycy napotykali na jakieś trudności?

W czasie wolnym, wakacyjnym, niektórych nawiedzali urzędnicy urzędu bezpieczeństwa próbując nakłonić do rozmowy. Przyznam się, że do mnie nigdy nie przyszedł żaden z takich ludzi. Była pewna taka wątpliwość, ze zwątpiłem czy zostanę wyświęcony bo w czwartym roku studiów zachorowałem. Wtedy jeszcze grałem w pinponga wieczorem, a w nocy źle się poczułem. Nikogo nie budziłem, chociaż pewnie należało. Był to problem z dwunastnicą, było krwawienie. Rano ksiądz Wierzbicki zorganizował dwóch kleryków, którzy pośpieszyli, że oddadzą krew. Bardzo sobie cenię ich i wspominam. Ksiądz mój śp. kolega kursowy Mieczysław Dworakowski i ksiądz Stefan Pupek, mój ziomek z rodzinnej parafii.

Czy miał ksiądz w życiu momenty, w których odczuwał namacalną obecność żywego Boga?

W okresie seminaryjnym była taka myśl „Co to znaczy ta choroba?" To mnie w pewnym sensie zatrwożyło, ale dziękować Bogu w czasie kiedy przebywałem w szpitalu w Łomży modliłem się do św. Judy Tadeusza. Opuściłem szpital po dwóch tygodniach. Został mi ten taki ślad w pamięci, bo złożyłem takie przyrzeczenie mieć nabożeństwo do św. Judy Tadeusza. Nawet w kościele farnym w Ostrołęce zgłosiła się do nas pewna parafianka z pytaniem, czy mogłaby ufundować obraz św. Judy Tadeusza. Powiedziałem, że wyjęła to Pani z moich myśli. Jest to taki obraz, przy którym modli się wiele osób.

Czy ta choroba, która pojawiła się w księdza życiu umocniła w wierze?

W taką atmosferę wyciszenia dla mnie to wszedł i odegrał rolę ksiądz rektor Perkowski, kiedy przyszedł do mojego numerku w dzienniku, powiedział „Niech ksiądz będzie spokojny, będzie wszystko dobrze" i ten pewien lęk, ze coś się może rodzić w organizmie zniknął.

Co powiedziałby ksiądz młodym mężczyznom, którzy rozważają pójście do seminarium?

Mogę powiedzieć, ze każdy człowiek ma jakąś drogę życia. Czasy się zmieniają, warunki życia również. Moje czasy dały mi dużo doświadczenia. Były trudne, bardzo trudne. I rodzice się borykali, okres powojenny, zarówno w domu i seminarium były skromne warunki. Ja spotykam młodzieńców, którzy widać borykają się z podjęciem decyzji, ale to powinni zasięgnąć rady i obrać kapłana do rozmów. Otworzyć swoje problemy, swoje serce i uwierzyć w to, że Pan Bóg mnie kocha, że mi pomoże realizować moją drogę. Jeśli rodzi się taka myśl powołania, to nie można pozwolić jej zagłuszyć. Trzeba otworzyć się na głos Pana Boga.

Czy trzeba mieć 100% pewności, czy te wątpliwości są czymś naturalnym na drodze do kapłaństwa?

Sądzę, że pewne wątpliwości są. Oczywiście ja też je miałem pytając siebie i Pana Boga o to. Ale z pomocą mogą przyjść rodzice, którzy nie powinni przeszkadzać swojemu synowi, który chce iść tą drogą. Rodzice powinni podziękować Panu Bogu za to, że wybrał taką drogę dla ich syna.

rozmawiali: Andrzej Łada i Tobiasz Kowalczyk
Czytany 1301 razy

Dane kontaktowe

Kuria Diecezjalna w Łomży
ul. Sadowa 3
18-400 Łomża

tel: 86 473 46 11
fax 86 473 46 31

kuria@diecezja.lomza.pl

 

 

Projekt i wykonanie

spesmedia.png